Nasza podróż przez Boliwia To już koniec. Po miesiącach przygotowań odbyliśmy udaną podróż przez ten południowoamerykański kraj. Zrobiliśmy wiele ekscytujących rzeczy, zobaczyliśmy piękne krajobrazy i spotkaliśmy mnóstwo zwierząt. W kolejnych wpisach na blogu opiszę naszą podróż. W tej pierwszej części opowiemy o naszym przyjeździe do Boliwii i pierwszych dniach w… Santa Cruz de la Sierra.
Nasz lot z Amsterdamu do Limy liniami KLM
Jest 4:00 rano, kiedy dzwoni budzik. Po lekkim śniadaniu Noreen i Thijs odbierają nas samochodem. Pakujemy plecaki i jedziemy w kierunku Amsterdamu. Pomimo niewielkiego korku, docieramy na lotnisko punktualnie i możemy odpocząć przy kawie w Starbucksie. Następnie wsiadamy na pokład i rozpoczyna się nasza podróż, która najpierw zaprowadzi nas do Peru. W samolocie oglądam pięć filmów, dzięki czemu czas mija błyskawicznie. W międzyczasie delektuję się zimnym piwem i lampką koniaku. To zaleta latania liniami KLM. Nim się obejrzymy, wylądujemy w Limie. Ale tu pojawia się pierwsze zamieszanie.
W Amsterdamie powiedziano nam, żebyśmy odebrali bagaż z taśmy bagażowej w Limie, i to samo powtórzyło się w samolocie. Jednak na odprawie celnej zawrócono nas i skierowano na nasze loty przesiadkowe. Przy stanowisku odprawy następnego lotu powiedziano nam, że plecaki będą na naszym pokładzie. Szybko napisałem na Twitterze do KLM i w ciągu pół godziny otrzymałem odpowiedź, że bagaż został oznaczony na lot międzynarodowy. Dziwne, że powiedziano nam o tym dwa razy.
Cztery godziny czekania na lotnisku w Limie, więc po prostu zabijam czas
Na lotnisku w Limie czeka nas cztery godziny oczekiwania. Relaksujemy się więc na niewygodnych siedzeniach. Miło jest wsiąść do samolotu i spędzić w nim ostatnie dwie i pół godziny. W samolocie widzimy też DJ-a Hardwella, który pewnego dnia zagra w Santa Cruz. Po wylądowaniu okazuje się, że wielu fanów zebrało się na lotnisku Santa Cruz, aby ciepło powitać Hardwella w środku nocy. Miło to widzieć. Po lotniskowym zgiełku próbujemy znaleźć bankomat, aby wypłacić nasze pierwsze boliviano. Niestety, wszystkie bankomaty są puste lub nie akceptują naszych kart. Z tego powodu musimy wziąć taksówkę i zapłacić dolarami. Mimo że jest środek nocy, kierowca żąda podwójnej kwoty, którą nam kazano zapłacić. Ale jest 2,5:3.00 nad ranem, jesteśmy zmęczeni i chcemy dotrzeć do naszego hotelu.
Po dotarciu do hotelu od razu rzucamy się na łóżko i zasypiamy.
Parque el Arenal, to miejsce nie jest zbyt piękne
Odkrywanie Santa Cruz de la Sierra
O 8:00 rano nastawiliśmy budzik i usiedliśmy do naszego pierwszego śniadania. Kanapki z serem, szynką lub dżemem z ananasem i papają, do wyboru kawa lub herbata. Proste, ale pyszne. Potem poszliśmy na miasto, żeby je zwiedzić. Nie zrobiliśmy zbyt wielu poszukiwań na temat Santa Cruz, ale w centrum miasta zawsze jest coś do zobaczenia. Najpierw poszliśmy do Parque el Arenal. Po drodze natknęliśmy się na targ, gdzie oprócz ubrań i jedzenia sprzedawano również żywe zwierzęta. Oprócz zwykłych kurczaków i piskląt, zobaczyliśmy też szczenięta i kocięta w zdecydowanie za małych klatkach. Szybko więc ruszyliśmy dalej; nie musieliśmy oglądać takich rzeczy.
Pierwszym ciekawym zwierzęciem, jakie zobaczymy podczas podróży, jest kardonek czerwonoczuby
Sam Park el Arenal nie jest zbyt ekscytujący. To duży plac, w większości betonowy, z laguną. Woda nie była zbyt czysta, a wszystko wyglądało na nieco brudne. Mimo to, udało nam się tu zobaczyć pierwszą piękną dziką przyrodę: kardynała czerwonoczubego.
Centralny plac Plaza 24 Września, na którym można spotkać wielu ludzi relaksujących się
Idziemy na centralny plac, Plaza 24 de Septiembre. Tutaj możemy wypłacić pierwsze boliviano z bankomatu przy Banco Los Andes. Plac tętni życiem i jest pełen zieleni. Dzieci bawią się z gołębiami, ludzie odpoczywają na ławkach lub grają w szachy, pucybuty są zajęte, a kilku sprzedawców próbuje sprzedać jakiś napój kawowy. Główną atrakcją placu jest katedra. Ale zanim ją odwiedzimy, najpierw zjadamy coś w Irish Pub i wznosimy toast za początek wakacji. Kiedy próbujemy odwiedzić katedrę, okazuje się, że jest zamknięta. Dlatego w Boliwii też panuje sjesta. Odwiedzamy więc supermarket, gdzie robimy zapasy jedzenia i napojów na kolejne dni, a potem odpoczywamy w naszym hostelu.
Po jedzeniu idziemy na kolejne piwo do kawiarni Brown Fox
Pod wieczór wracamy w kierunku centralnego placu. Przewodnik Lonely Planet wymienia kilka restauracji na ulicy Bolivar, które warto odwiedzić. Postanawiamy zjeść w República. Mamy tu do wyboru kilka pysznych dań mięsnych, więc wszyscy zamawiamy tournedos. Tournedos Lianne i Thijsa są przepysznie delikatne, ale moje i Noreen są całkiem dobrze wysmażone, mimo że wszyscy zamówiliśmy średnio wysmażone. Mimo to, smakuje całkiem dobrze. Po kolacji przechodzimy przez ulicę do Lis brązowy Znajduje się. To kawiarnia z piwem, w której można delektować się ich własnym piwem. Oczywiście robię kilka zdjęć, a właściciel mnie zauważa i zaczyna do mnie mówić. Kiedy mówię mu, że zdjęcia są do mojego bloga, jest podekscytowany. Prawdopodobnie jednak nie przeczyta tego posta. Piwo smakuje wyśmienicie, ale szybko zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy zmęczeni i idziemy wcześnie spać.
Na wydmach Lomas de Arena
Wycieczka do Lomas de Arena z Nick's Adventures
Następnego dnia o 8:00 rano Nicholas McPhee pojawi się w progu naszego hostelu. Dzisiaj rozpoczniemy pierwszą zaplanowaną aktywność. Przygody Nicka zarezerwowałem, Wycieczka Lomas de ArenaNick jednak mówi nam, że jest bardzo wietrznie i że wpłynie to na naszą podróż. Bierzemy vana do Parque Regionalny Lomas de ArenaPo drodze zatrzymujemy się w więzieniu Palmasola. To więzienie ma wyjątkową historię, ponieważ kompleks przypomina bardziej otoczoną murem wioskę. Strażnicy stoją na zewnątrz, podczas gdy więźniowie mają sklepy w środku, partnerzy mogą nawet przenocować, a nawet są sprzątaczki. Trzeba nawet płacić za pobyt. Turyści byli tu aresztowani i więzieni za posiadanie narkotyków. Nie brzmi to jak coś przyjemnego siedzieć w tym więzieniu wśród najpoważniejszych przestępców. Okazuje się więc, że niektóre filmy i seriale telewizyjne są jednak oparte na odrobinie prawdy. Kontynuujemy jazdę i właśnie opuściliśmy tętniące życiem centrum Santa Cruz, gdy dojeżdżamy do wejścia do Parku Regionalnego Lomas de Arena. Stąd już niedaleko do wydm, które odwiedzimy. W zalesionym terenie często widuje się małpy i leniwce, ale niestety my ich nie widzimy. Nagle przed nami wyłania się ogromna wydma. Dziwne, nie spodziewasz się takiego krajobrazu, będąc zaledwie kilka minut od tętniącego życiem miasta. Kiedy wychodzimy, okazuje się, że wieje niesamowicie mocno, a my jesteśmy kompletnie zasypani piaskiem na wydmach. Robienie zdjęć i filmowanie jest praktycznie niemożliwe. Wspinamy się na około 50-metrowe wydmy i eksplorujemy okolicę. Zazwyczaj za wydmami jest laguna, ale zanim tam dotrzemy, wyschnie. Spacerowanie tutaj jest również niebezpieczne, ponieważ wśród roślinności roi się od węży. Mimo to Nick kieruje mnie na dół, żebym szybko zrobił zdjęcie. Zejście z wydmy nie stanowi problemu, ale wspinaczka na nią okazuje się nie lada wyzwaniem. Z odrobiną zbytniego entuzjazmu wchodzę z powrotem na wydmę, ale w połowie drogi jestem tak wyczerpany, że prawie robi mi się ciemno przed oczami.
Zjedź po wydmach na specjalnej desce
Gdy już się podniosę i złapię oddech, rozpoczynamy pełną przygód część wycieczki. Będziemy zjeżdżać po wydmach na specjalnej desce sandboardowej. Spróbujemy tego kilka razy na siedząco i kilka razy na stojąco. To świetna zabawa. Na koniec mecz mężczyzn z kobietami, w którym to mężczyźni wygrywają. To kończy wycieczkę i po południu wrócimy do Santa Cruz.
Najbardziej charakterystyczny budynek w Santa Cruz; Katedra Santa Cruz
Najpierw bierzemy prysznic, żeby spłukać cały piasek. Dokładnie czyścimy też torby i aparaty, bo piasek jest wszędzie. Znów jemy lunch w Irish Pub, a potem zwiedzamy katedrę Santa Cruz, która poprzedniego dnia była zamknięta. Wnętrze kościoła jest surowe, choć niektóre malowidła bardziej przypominają The Walking Dead niż religię. Później wspinamy się na wieżę, ale widok na plac poniżej jest mniej spektakularny, niż się spodziewaliśmy. Kiedy wracamy do hotelu i chcemy zapłacić, wybucha spór o płatność. Chociaż pisemnie stwierdziliśmy, że nie będzie dodatkowej opłaty za pierwszy dzień, ponieważ przyjechaliśmy tak wcześnie, nadal żądają od nas zapłaty za dodatkowy dzień. Dyskusja ciągnie się długo, aż w końcu decydujemy się zatrzymać i zapłacić za dodatkowy dzień. Ale kłótnia trwa nawet do nocy, kiedy śpimy. Nagle recepcjonista puka do naszych drzwi, a właściciel hotelu staje obok niego. Po raz kolejny słyszymy, że to wszystko nasza wina. Zaznaczamy, że zapłaciliśmy i chcemy spać. Anulujemy rezerwację w tym hostelu i nie wrócimy.
Zapraszamy do śledzenia działu Podróże i porady podróżnicze, gdzie pojawi się kolejny raport!
Czy podobał Ci się ten artykuł? cenny?
W takim razie możesz mnie poczęstować kawą przez Kup mi kawę.
Pomaga to zachować niezależność Reizen i Reistips.
Zainteresowany współpraca?
Współpracuję z destynacjami, markami i agencjami PR.
Więcej wskazówek dotyczących podróży Boliwia?
Zobacz wszystkie artykuły i porady dotyczące Boliwii tutaj.